Za: www.emsarelacje.pl

Dietetyka starożytności, tzw. humoralna, stawiała przede wszystkim na lokalność. Była do cna slowfoodowa, bo bazowała na lokalnych surowcach. Jedynie niektóre były importowane i pozwolić sobie na nie mogli wyłącznie najzamożniejsi. Ta sytuacja trwała do średniowiecza, ale potem rozpoczęły się zmiany, wszak podróże rycerzy i mnichów rozkwitły jak dzisiejsza oferta turystyczna. W okresie renesansu było już całkowicie inaczej. Zasady dietetyki humoralnej pozostały, ale surowce, którymi się posiłkowano, zmieniły się diametralnie. Trwa to do dziś. Snobizm praktyk kulinarnych i prozdrowotnych wyrosły na imporcie produktów spożywczych już w epoce odrodzenia wzniósł się do poziomu dużo wyższego, niż ateńska i rzymska demokracja. Do normy kulturalnej (nie kulturowej) należało posilać się i leczyć surowcami importowanymi, a nie lokalnymi. Tak czyniły wyższe sfery, więc niższe zazdrościły i utrwalały w pamięci zbiorowej przekonanie, że importowane jest lepsze od lokalnego. Ci, którzy pozostali przy lokalności, byli już od średniowiecza zepchnięci na margines – szamani, szeptuchy, czarownice, wiedźmy, dzieci, wieśniacy – karani za wiedzę, jednocześnie odwiedzani potajemnie przez karających, jak dziś pracownicy kręgów sanepidowskich myszkujący na jarmarkach w poszukiwaniu nielegalnej, czystej, uczciwej żywności. Kurioza istnieją od zawsze, bo system dyktatorskiej władza narzuca absurdalne zachowania, wynaturza ludzi i ich czyny.

Renesans przyniósł świadomość zasobów świata i jeszcze bardziej intensywny i klasowy import. Zachwyt nad cukrem, korzeniami i innymi obcymi produktami rósł do rozmiarów całkowitego zaślepienia i utraty rozumu. „Cukier krzepi” – to wańkowiczowskie hasełko pozostało w głowach wielu ludzi do dnia dzisiejszego i pokutuje przekonaniem, że to, co przetworzone, kontrolowane, drogie, nieznane, obce, opakowane, zagraniczne jest lepsze i zdrowsze (!) od tego, co nieprzetworzone, wolne (bez kontroli), tanie bo ogólnie dostępne, znane, swojskie, nieopakowane, lokalne.

Ziołolecznictwo rozwijało się w oparciu o importy, a lokalne rośliny tylko w niektórych przypadkach stanowiły sedno praktyk ziołoleczniczych. Słynni gdzieniegdzie laboranci z Gór Olbrzymich, by podwyższyć status, wartość i tajemniczość swych praktyk paramedycznych, stosowali przede wszystkim produkty importowane, a lokalnych ziół było w ich recepturach tyle, co kot napłakał. Nie zmienia to faktu, że warto o nich pamiętać, ale twierdzenie ogólne, że leczyli lokalnymi ziołami jest nadużyciem, gdyż pacjentów traktowali oni głównie importami, z niewielkim udziałem lokalnych surowców. W dobie renesansu import był tak bardzo kuszący i tak kosztowny, że można było na nim sporo zarobić – nie tylko forsy, ale też szacunku i sławy, choćby mglistej. Znamy to i dziś, gdy niejedna restauracja sili się na jagnięcinę z Nowej Zelandii, ale jej szef kuchni nie ma pojęcia o rasach polskich owiec.

Niemcy mają ciekawą historię. Władze pruskie dość wcześnie i sprytnie stwierdziły, że bardziej opłacalna jest wiedza ludu i samodzielne wykarmienie z zasobów lasów i łąk, niż importowanie żywności lub zwiększanie upraw rolnych na potrzeby ludu (!?). Lud to potencjalna armia, więc niechaj sama się wykarmi, jak pastuszkowie – promowano więc znajomość „dziczy”, nieuprawnych warzyw i ziół. Do dziś w Niemczech zachęca się w radio do zbioru np. czosnku niedźwiedziego informując, gdzie rośnie. W Polsce nadal żywa jest ustawa z PRL-u o ochronie tej rośliny. Władza pruska nie chciała jednak mieć niekontrolowanych pośredników między sobą a ludem. Z czasem więc ukrócono ten mglisty proceder laborantów, aby zwiększyć zyski profesjonalnych medyków i by żaden wiejski zielarz nie mieszał im w kasie ani odszkodowaniach za nieudane „leczenie”. Gdyby leczyli lokalnymi ziołami, jak każda szanująca się czarownica i wiedźma, wyszliby na tym o niebo lepiej.

To autorytarne działanie pruskiej władzy jest również nadużyciem – jak wiadomo, monopol w handlu ma długie tradycje i nie wymyślili tego mądrale z Monsanto. Zwyczaj promowania importów kosztem lokalnych surowców kontynuują współcześni przedsiębiorcy wytwarzając produkty zwane bezpodstawnie lokalnymi. Ot, ściema marketingowa, a ty, kliencie, nabieraj się, płać i wytrwale oczekuj rezultatów.

Współczesna konwencjonalna dietetyka rządzi się nową specyficzną regułą: wobec odrzucenia lokalnych surowców karmi siebie i pacjentów surowcami importowanymi – całkowicie odwrotnie, niż przez wiele wieków rozwoju dietetyki, bo już od starożytności. Byliśmy o kilkunastu dietetyków klinicznych, a także u paru nibydietetyków, czyli technologiach żywności lub specjalistach od bezpieczeństwa żywności. Doświadczenia są smutne. Mamy do czynienia z kuriozalną wprost sytuacją, gdy dietetyk buduje jadłospisy rzekomo lecznicze, ale oparte w 90% na produktach importowanych, tzw. superfood, z nieomal całkowitym pominięciem lokalnych produktów i tzw. superfood. Dietetyk jednocześnie pomija fakt chemizacji rolnictwa i zawartości szkodliwych substancji chemicznych w produktach spożywczych masowych, konwencjonalnych, lokalnych i importowanych. Przepisuje na przykład kaszę jaglaną do codziennej konsumpcji jednocześnie przepisując glifosat z upraw rolnych, również do codziennego spożycia. Wielu dietetyków i psychodietetyków wie o desykacji, ale wypierają lub jawnie odrzucają tę wiedzę ze świadomości, a już na pewno z codziennej pracy z pacjentami. Fatalna sytuacja. Oni po prostu wolą afirmować pacjenta ładnymi zdjęciami i kusić importowanymi produktami, jakże atrakcyjnymi. Przecież quinoa brzmi lepiej niż lebioda. „Proszę spożywać raz dziennie na czczo napar ze śnitki” – nawet nie mogą tego powiedzieć, bo przecież śnitka nie jest zarejestrowanym produktem spożywczym. Wychodzi na to, że specjaliści z założenia przepisują to, co chemizowane i importowane. O taką postawę, strategię pracy i wyciągania z ludzi pieniędzy mamy wszyscy ogromne pretensje do dietetyków i medyków.

Nic dziwnego: skoro ziołolecznictwo jest domeną usilnie tępioną przez konwencjonalne lobby, studenci i praktycy nie dowiadują się niczego o lokalnych „lekach z Bożej apteki”. No właśnie. Komu i dlaczego zależy na tym, aby społeczeństwa kultury zachodniej spożywały importowane, wysoko chemizowane i wysoko przetworzone produkty oraz te uprawiane z przetworzonych genetycznie nasion…? A czy TY planujesz kupić dziś coś z importu? Przyznaj się choćby sam/a przed sobą, co kupujesz oraz co wiesz o lokalnych surowcach spożywczych. Czytasz blogi? Lepiej sobie odpuść. Poszukaj danych z badań laboratoryjnych.

Weźmy na przykład potas. Uprawiasz sport? Jesteś w ciąży? Pracujesz fizycznie lub intelektualnie (tak, to równie wartościowe i wyczerpujące)? Masz wilczy apetyt i wysokie zapotrzebowanie na potas? Co wybierzesz: chemizowanego banana z nieetycznego importu czy naturalny, wolny podagrycznik z lokalnego parku? Jaki wpływ wywrzesz na swoje zdrowie i nasze środowisko tą swoją jedną decyzją? A czy znasz te dane o roślinie, która eidujesz być może na co dzień?

Zawartość potasu [mg] w 100g surowca:
7600 – łodygi podagrycznika
3800 – liście podagrycznika
1927 – kakao 16%, proszek
1666 – morele suszone 
395 – banan
282 – pomidor

Dzienne zapotrzebowanie na potas:
4600 mg – kobiety (też w ciąży), mężczyźni
5100 mg – kobiety karmiące

Uwaga: gotowanie w wodzie obniża zawartość potasu w warzywach uprawnych i nieuprawnych.

Pełne dane o podagryczniku, wraz ze źródłami informacji, dostępne są w naszej odpłatnej Broszurze antropogastronomicznej w formacie PDF, nr S1:
„Śnitka. Warzywo średniowieczne, warzywo pominięte”. Zamówienia i przedpłaty: chwastozercy(at)gmail.com

Na degustację potraw w starożytnym stylu, m.in. fermentowanego gąszczu podagrycznika, zapraszamy już w ten zapiątek (ang. weekend) razem ze Slow Food Dolny Śląsk w Muzeum Archeologicznym we Wrocławiu: sobota i niedziela od g.11 w ramach festynu archeologicznego „Ludzie Ognia” (cześć Święta Wrocławia):
http://slowfooddolnyslask.org/nasze-wydarzenia/zabytki-kulinarne-epoki-zelaza-i-starozytnych-rzymian/