Tradycja i dziedzictwo contra promocja i komercja / Szklarska Poręba i okolice

Fot. Dworzec kolejowy w Szklarskiej Porębie Dolnej

W sierpniu 2016 r. telewizja Strimeo opublikowała materiał nt. pamiątek w Szklarskiej Porębie oraz zaangażowania skansenu Żelazny Tygiel Waloński w promocję i rekonstrukcję historycznego, lokalnego rzemiosła. Gorąco popieramy! Szczególnie w kwestiach jedzeniowych, ale w zasadzie w każdych, bo też nawiedzamy Szklarską co jakiś czas i… oczy bolą... Dla ludzi spoza naszego regionu Sudety to niestety jednolity obszar, niewiele wiedzą o poszczególnych pasmach i ich specyfice. Nie mówiąc o zagranicznych turystach - dla niektórych z nich góry to góry -obojętne, Tatry, Sudety, po prostu góry w Polsce, do której przyjeżdżają zza oceanu, więc skala percepcji jest całkowicie odmienna. Pamiątka w postaci baranicy z merynosa lub ciupagi jest dla nich reprezentacją tych dowolnych gór i całego kraju. Nawet mieszkańcy niewiele o tym wiedzą poza elitami intelektualnymi działającymi w instytucjach, organizacjach i przedsiębiorstwach kultury i edukacji.

W filmie poniżej p. Izabela (43. minuta) mówi: „my mamy pecha tutaj (...), tutaj nie ma tradycji (sudeckich)”. Takie tezy wynikają z braku wiedzy o owych tradycjach (jakkolwiek by je definiować, ale dostęp do opisu owych tradycji jest bardzo trudny, bo 1) schowany w archiwach, 2) opisany po niemiecku, 3) opisany po niemiecku frakturą lub szwabachą, 4) obciążony nieomal już mityczną "niechęcią do tego, co niemieckie". To jest zaklęty krąg... Niechęć rodzi niewiedzę, ta rodzi frustrację, a stąd już prosta droga do bałaganu. W tradycjach określanych jako niemieckie drzemie jednak wiele zwyczajów uniwersalnych, znanych również z tradycji polskiej, dolnośląskiej, kresowej, karkonoskiej, słowiańskiej, celtyckiej, rzymskiej, greckiej... - gdy zgłębimy składniki tradycji, wówczas narodowościowe identyfikatory w postaci przymiotników polski lub niemiecki  będą musiały być odrzucone.

Dlatego pragniemy przybliżać dziedzictwo i tradycje kulinarne Karkonoszy i okolic, np. przez publikacje na łamach czasopisma „Karkonosze” (rubryka "Dziedzictwo kulinarne w Karkonoszach" na III str. okładki), czy portalu Dolnoslaskosc.pl (dział: KULINARIA).

pamiatki

LINK do filmu: http://www.strimeo.tv/film/problem-z-pamiatkami-w-szklarskiej-porebie

Argument typu „jest zapotrzebowanie” jest bliski zwyczajnej manipulacji i szkodliwemu populizmowi. Trudno rzetelnie weryfikować zapotrzebowanie, jeśli gros oferty stanowi jeden typ produktów, tzn. rzeczy niezwiązane z regionem i subregionem. Gdyby oferta była równomierna, wówczas można by podjąć rzetelne, ilościowe, a nawet pogłębione (jakościowe) badania nt. preferencji konsumenckich, a tak jest to jedynie pusty slogan o rzekomym zapotrzebowaniu. Ludzie kupują po prostu to, co jest widoczne. Nie wspominając o tym, że owe sery często nie są prawdziwymi oscypkami, a produktami oscypkopodobnymi, do których nawet Górale Podhalańscy niechętnie się przyznają. To są produkty MASOWE, a nie autentyczne. Zalew masowymi produktami zagraża tym autentycznym, to jest zwyczajny dumping (celowe zaniżanie cen), bo autentyzm i manufaktura musza być wycenione wysoko. Pamiątki w kurortach na świecie są zawsze najdroższe, ale idzie za tym stosowna jakość.

Gwoli wyjaśnienia: góral to mieszkaniec gór, wiec Karkonosze również mają swoich górali, a są też górale czadeccy, marokańscy, podhalańscy, peruwiańscy, a nawet... kaczawscy - tak widzi siebie tamtejsza społeczność i należy to uszanować. Wszyscy oni maja swoje zwyczaje, obrzędy, język (gwarę lub dialekt), praktyki, wierzenia, ochronne ornamenty, stroje i kulinaria.

Szklarska Poręba mogłaby poprzez Radę Miasta przyjąć uchwałę o Parku Kulturowym i wydać następnie Zarządzenie Burmistrza precyzujące wyraźnie charakter i cel handlu okrężnego lub obwoźnego. Wzorem mogą być przepisy funkcjonujące w Krakowie lub Wrocławiu, a Szklarska mogłaby uczyć się na błędach tych magistratów. Na pewno nadrzędnym celem nie powinna być komercja i partykularny zysk (np. tylko przedsiębiorców prowadzących stragany), lecz przede wszystkim zysk dla wizerunku miasta. Ewentualny argument o odprowadzaniu przez przedsiębiorców podatków do kasy gminnej również nie jest dobry, bo straty wizerunkowe przeważają szalę goryczy.

20160816_124414 20160816_124057 20160816_123947 20160816_123943 laski_jerzego_jakubowa

Odnośnie lasek i ciupag... W Muzeum Przyrodniczym w Jeleniej Górze-Cieplicach prezentowana była wystawa pięknych lasek z prywatnej kolekcji artysty-malarza, Jerzego Jakubowa (powyżej / 4x po lewej: Fot. Archiwum eMSA Relacje, 1x po prawej: plakat: Archiwum Muzeum Przyrodnicze). Może znajdzie się artysta-rzemieślnik, który przywróci niektóre z nich regionowi, zamiast bezrefleksyjnego i czysto komercyjnego powielania podhalańskich ciupagJak pisał portal Jelonka.pl: "Jerzy Jakubów jest wszechstronnym artystą (rzeźbiarzem, grafikiem, ilustratorem książek), a ponadto kolekcjonerem lasek pasterskich, pielgrzymich i innych, które od lat gromadzi. Pracownię ma w starej wieży ciśnień w Kowarach-Wojkowie."

20161103_151619-kopia 20161103_143451-kopia 20161103_143737-kopia 20161103_145602 20161103_144006-kopia

Laski nosił też na wyprawy i spacery wielki artysta, Gerhart Hauptmann, doskonale znany z Jagniątkowa laureat Nagrody Nobla (1912). Obecnie jest to dzielnica Jeleniej-Góry, ale dawniej - odrębna wieś. W jego dawnym domu, gdzie obecnie mieści się muzeum jemu poświecone, można obejrzeć kilka dobrych wzorców regionalnych, nie tylko lasek, ale i strojów czy mebli (powyżej / Fot. Archiwum eMSA Relacje). W Szklarskiej Porębie mieści się natomiast Dom Gerharta i Carla Hauptmannów (obecnie Muzeum Dom Hauptmannow). Pisarz mieszkał tu wraz z bratem i rodzinami przed przeprowadzką do Jagniątkowa, a konkretnie w okresie 1891-1895 r. Carl pozostał tu do śmierci, tj. do 1921 roku. Wdowa po nim przekazała dom gminie na cele izby pamięci po pisarzu i miejsce spotkań grupy folklorystycznej (link - j.w.). Za Muzeum: "dom funkcjonował w świadomości mieszkańców i władz jako dom pisarza, który przetłumaczył „Chłopów” Reymonta".

20160721_151202-kopia

Fot. Kilka eksponatów z wystawy „Śląskie szkło barokowe" / fot. Archiwum eMSA Relacje www.emsarelacje.pl

Odrębny sektor bogatych zasobów reprezentują wybrane zbiory Muzeum Karkonoskiego. W oparciu o nie można by zbudować doskonałą współczesną ofertę turystyczną umocowaną w historii i tradycji, kontynuującą dziedzictwo zastane po II wojnie. Wspomniany powyżej Żelazny Tygiel Waloński promuje tzw. Ścieżkę Twardych Zawodów, m.in. pamięć o wytwórstwie szkła w leśnych hutach. Szkło jest niewątpliwie jednym z najmocniejszych punktów oferty Karkonoszy, ale na ulicach Szklarskiej i Karpacza niewiele go niestety widać. Nie ma nawet zauważalnych śladów huty Julia. Stała kolekcja szkła użytkowego, a także kolekcja pokazana na niedawnej wystawie „Śląskie szkło barokowe" przewieziona tymczasowo z Muzeum Śląskiego w Goerlitz, wytwarzanego w wyspecjalizowanych manufakturach i fabrykach i użytkowana przez najzamożniejsze warstwy społeczne Dolnoślązaków, nie przypomina owego zielonego szkła leśnego z pęcherzykami powietrza, nierównościami i zarysowaniami, które stanowią o jego wielkim uroku i wyjątkowości. Niemniej są to najwyższej jakości szklane naczynia, częstokroć upamiętniające lokalne lub pobliskie wydarzenia wojenne lub kulturalne, stanowi ważna cześć zasobów regionu. Dlaczego takich wyrobów nie ma na straganach ulicznych?

Kontynuując temat szkła, a także innych rzemiosł (kamieniarstwa i metalurgii) Żelazny Tygiel Waloński pełni arcyważna rolę w edukacji i promocji tego obszaru. Przypominanie osiągnięć bardzo odległych czasów, charakteryzujących się wysokim stopniem manufaktury, taktylności i powiązania z lokalnymi surowcami naturalnymi, to cechy tego typu rekonstrukcji, zawsze bardzo potrzebnej na Dolnym Śląsku i wciąż zbyt skromnej i subtelnie promowanej poza regionem. Wzorem dla edukacyjnych i promocyjnych działań rekonstruktorskich jest aktywność brytyjskiego muzeum na wolnym powietrzu Weald and Downland w miejscowości Singleton (hr. Chichester, Anglia) oraz grupy Tudor Group.

koszula_schlesisches_muzeum_zu_goerlitz_fot_aruminska

Fot. Koszula zachełmiańska z Muzeum Śląskiego w Goerlitz  / fot. Archiwum eMSA Relacje www.emsarelacje.pl

Również wiedza o lokalnych strojach ludowych jest na omawianym obszarze mało popularna. Archiwalne zdjęcia prezentują je w pełnej krasie, lecz nadal są one interpretowane jako niemieckie i obce, podczas gdy za bardziej swojskie chętniej uznaje się stroje ukraińskie, łowickie, czy krakowskie. Te reakcje są zrozumiałe, ale wymagają stałego wyjaśniania. Nawet liczni etnografowie nie wiedzą wiele o przedwojennych strojach ludowych, np. o działaniach m.in. p. Kazimierza Hołyszewskiego w Zachełmiu skupionych wokół m.in. koszul zachełmiańskich, a nawet całego stroju zachełmiańskiego (zwanego tez czasem zachełmskim). Są też tacy, którzy uznali te działania za sztuczne, nieudane, nieistotne. Trudno przyznać tu rację, skoro społeczność tak mocno identyfikowała się z nimi. Tym bardziej sztuczne są obecne nawiązania do dziedzictwa „przeflancowanego”, jak się czasem nazywa napływowe wzorce przybyłe wraz z przesiedleńcami, które powiązane są z całkowicie odmiennym środowiskiem i terytorium. Kryterium akceptacji jest pochodzenie etniczne i abstrakcyjna opozycja Słowianie / Germanie. Podobnie sztucznymi jawiłyby się wszelkie dążenia muzealników i skansenologów dążące do zachowania tego, co „naturalnie” winno zniknąć z życia publicznego, a co jest jednak uznawane za dziedzictwo i chronione w muzeach. Za równie sztuczne trzeba by wówczas uznać wszelkie importy, poczynając od starożytnych rzymskich i skończywszy na współczesnych chińskich, tajwańskich, amerykańskich czy włoskich, których mnóstwo jest w rejonie Jeleniej Góry i Szklarskiej Poręby (choćby w formie samochodów i ubrań). Poszukiwania  dokonywane przez społeczność Zachełmia nie są sztuczne, a dobitnie oddolne, to bardzo interesujące próby poszukiwania tożsamości lokalnej poprzez wykorzystywanie rozmaitych narzędzi - czy to będzie ubiór, czy potrawa, czy może ornament, naczynie, czy technika budowlana. Podobnie działają dziś tzw. Wioski TematyczneWioski z Pomysłem, których aktywności są finansowane ze środków publicznych i nikt nie śmie odmawiać im słuszności. Znikomość (a nawet brak, który staram się nadrobić) etnograficznych tekstów o koszulach zachełmiańskich oraz ich deprecjonowanie dowodzi, że ich promocja, a także edukacja i dyskusja publiczna na ten temat są bardzo pilne i konieczna. Ten brak jest po prostu źródłem naukowym - paradoksalnie brak informacji jest też informacją.

Tradycję można bowiem zmieniać i dzieje się to stale, jest to twór elastyczny i żyjący wraz z ludźmi. Jednak dziedzictwa nie można wyeliminować, ono po prostu jest, rośnie, jak palimpsest, namnaża się. Dziedzictwo jest jak zmurszały pniak, niby bezużyteczny, lecz dostarczający otoczeniu cennych wartości odżywczych. Eliminowanie go oznacza stratę czegoś lotnego, subtelnego, acz bardzo cennego. Odwracanie się od dziedzictwa tylko dlatego, ze przypisane jest innej nacji, jest działaniem szowinistycznym. Autentyczne, głębokie dziedzictwo nie ma narodowości, ale jest ściśle związane z terytorium - ziemia, na której wyrosło. Wszelkie rytualne obrzędy związane trwale z kulturą zwaną dawniej ludową, odwołują się do relacji człowieka z ziemia i terytorium.

lgd_cutting_boards_jacek_ogrodowczyk lgd_zachelmie_traditional_embroidery_jola_piatkowska 20161007_100031-kopia 20150904_162337-kopia

Fotografie: niektóre wyroby lokalne z LGD Ducha Gór

Kultura jest na tyle złożonym tworem, ze nie podlega żadnemu szufladkowaniu, można ja tylko próbować wyjaśniać i rozumieć, ale wszelki manipulacje celowo dopuszczające lub eliminujące są skazane na fiasko. Uzus robi swoje - nie tylko w języku, ale i w odzieży, zwyczajach, kulinariach. Dlatego obok współczesnych przejawów życia publicznego (tzw. kultury masowej lub pop-kultury) niewątpliwie warto pielęgnować wspomnienia dawnych tekstów kultury, do jakich należą wszystkie wymieniane tu utwory. Tymi problemami zajmuje się właśnie antropologia kultury i nowoczesna, postgeertzowska etnografia. Zajmują się nimi również Lokalne Grupy Działania, a na omawianym obszarze jest to prężnie działające Partnerstwo Ducha Gór i marka Karkonosze SLOW, promujące autentyczne, oddolne produkty lokalne rozmaitego typu.

img_7516  img_7103 

Fotografie: po lewej: kwaśnica; po prawej: niby-lokalne piwa (fot. Archiwum eMSA Relacje)

Z kulinariami jest niestety w Szklarskiej źle, wynika to z naszych analiz w terenie. Spadną pewnie na nas gromy za tę krytykę, ale cóż, zbyt dobrze znamy doskonałą kulinarna ofertę tej okolicy (tj. okolicznych manufakturowych wytwórców, pensjonatów, gospodarstw agroturystycznych i domowych kucharek), aby czuć smutek i rozczarowanie nie ujrzawszy rzetelnego śladu tej oferty w przestrzeni publicznej tutejszych miasteczek. Więcej lokalnych smakołyków można znaleźć na… nieużytkach lub na łące, np. koło Karkonoskiego Centrum Edukacji Ekologicznej lub po prostu pod płotem (stąd jednak lepiej ich nie jeść), niż w lokalach gastronomicznych. Abstrahując nawet od bolesnego wprost nagromadzenia i wyjątkowo nachalnego rozmieszczania reklam i szyldów, po prostu nie ma co zjeść, jeśli szuka się autentycznego smaku, jakości, czystości, wolności od chemikaliów, czyli tego, co zna się z wiosek, małych gospodarstw, niewielkich wytworni. Króluje masowa oferta skupiona wokół pospolitych potraw niskiej jakości. Te pseudokulinaria nie wyróżniają Szklarskiej Poręby, bo identycznie jest np. w Karpaczu, czy innych miasteczkach regionu. Kulinarny genius loci wydaje się tu nie istnieć, a sytuacja ta nie zmienia się znacząco od ok. 40 lat. Jednak... w tym sęk, że  ów kulinarny duch miejsca istnieje... Trzeba go tylko umiejętnie ujawnić. Takie miejsca, jak choćby Bukowiec, z jego rolniczą, ogrodniczą, handlową i charytatywną działalnością hrabiny Fiederiki von Reden, opisaną np. przez Monikę Paterkę w numerze 2(11)/2016 bardzo ciekawego kwartalnika "Przystanek Dolny Śląsk", a także przez Urszulę Bończuk-Dawidziuk w równie interesującym czasopiśmie "Karkonosze", są przykładem terytorium badawczego nad tutejszymi ukrytymi, albo raczej zapomnianymi lub nawet odrzuconymi tradycjami i zwyczajami jedzeniowymi. 

Wiedza o dawnych potrawach i surowcach (produktach) tego obszaru opartych na lokalnych zasobach jest bardzo niska, ale... skąd miałaby być zdobywana. Dostęp do wszelakich warsztatów i publikacji mają bardzo nieliczni. Na pewno niezbędna i pilna jest rzetelna edukacja w tym temacie, ale dopóki nie będzie ona trwała, systemowa i publiczna, dopóty będzie mieć tylko charakter mało istotnego i nieefektywnego zwiastuna. Na rynkach naszych uroczych dolnośląskich miast i miasteczek nie znajdziemy wiele pozycji z lokalnego dziedzictwa kulinarnego. Rynki to terytorium masowości i kosmopolityzmu - nie wiadomo, kto i kiedy ustalił tę strategię, która powielają liczni - z wygody lub z lenistwa. Wielu kelnerów pyta "a co to jest?" w odpowiedzi na pytanie o piwa rzemieślnicze. Jako piwo regionalne oferują piwopodobny płyn koncernowy. Niektóre ambitne miejsca (oby takich jak najwięcej!), np. "Dom Wczasowy Jaś" i "Szklarka Bistro", serwują piwo walońskie i izerskie. To ciekawe piwa, ale są to technologiczne importy spoza regionu, nie produkowane przez lokalnych browarników. Innych lokalnych piw rzemieślniczych trzeba tu szukać ze świecą (de facto i tak wytwarzane są najczęściej na słodach amerykańskich i zagranicznym granulacie chmielowym). Nawet tiramisu nie jest tiramisu, a "biszkoptowym (?!) spodem" z hipermarketu przełożonym niezidentyfikowanym kremem.

Można natomiast stale usłyszeć bezrefleksyjnie powielany fałszywy stereotyp, że na Dolnym Śląsku nie ma dziedzictwa kulinarnego - "no bo wiecie, tutaj wszystko zostało wysiedlone". Nic bardziej mylnego, wszak ziemia pozostała ta sama i rodzi te same plony (ogórki, kapusty, rabarbar, mirabelki, jarmuż i in.), a kulinarna akulturacja zachodziła tuż po wojnie w domach w ciągu choćby roku wspólnego mieszkania dotychczasowych i nowych osadników. Niemcy i Polacy uczyli się wzajemnie od siebie nowych przepisów kulinarnych. Nie zawsze to miało miejsce, ale się zdarzało. Jest wiele sposobów docierania do dawnych receptur i praktyk jedzeniowych - tak określa się je w historii wyżywienia i antropologii jedzenia.

Trzeba koniecznie pokazywać bogactwo naszego regionu, taki jest właśnie cel naszych działań - woluntarystycznych lub w ramach projektów dotacyjnych wraz z Partnerami (zapraszamy do współpracy). Każdy subregion (a nawet wioska) ma się czym chwalić, zamiast mnożyć piccerie, gyrosiarnie i susharnie. Nie interesuje to nawet zagranicznych turystów, lepsze wersje mają u siebie.

***

Opracowanie: Anna Rumińska, Convivium Leader, architekt, antropolog kultury
img_7484

Fot. Dworzec kolejowy w Szklarskiej Porębie Górnej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *