Zrównoważona ryba i piątkowy post – dziwactwo, wiara, czy świadomość?

Czy znacie takie piątkowe danie: "śledź z ziemniakami w mundurkach"? Pewnie znacie... Ziemniaki... Wiecie, że niektóre mają posmak metaliczny... Dlatego wolimy te z czystej, niepryskanej uprawy. Śledź... pyszna sprawa, ale... skąd pochodzi piątkowy śledź i co w sobie zawiera...? Większość śledzi w handlu, to śledzie atlantyckie przesycone chemikaliami. Wszystkim miłośnikom śledzi, nie tylko piątkowych, polecamy poradnik zrównoważonej konsumpcji ryb (po polsku): TUTAJ. Obejrzyjcie ten film:

Piątek - w wielu domach to nadal dzień rybny, w niektórych - nawet dzień lekkiej głodówki. To piękna tradycja, niezależnie od tego, czy ktoś wierzy, czy nie wierzy, czy ktoś chodzi, czy nie chodzi do kościoła. Laickiemu światu również potrzebne są przerwy w obżarstwie, a przynajmniej w wyżywianiu. Po to wymyślono głodówki - ogólnie mówiąc, zmniejszenie konsumpcji - z troski o własne zasoby. Nie jedzono m.in. po to, aby żywności starczyło na dłużej.

Efekty dolnośląskiego zbieractwa - świeżo zebrane nieuprawne warzywa, tzw. dzikie rośliny jadalne

Nie chodzi tu o ograniczenie jedzenia z konieczności, czyli o tzw. przednówek, okres braku płodów rolnych (ang. hungry gap), gdy również spożywano tzw. dzikie rośliny jadalne", co miało rzekomo miejsce wyłącznie wczesną wiosną. Bynajmniej. Rośliny i inne surowce nieuprawne i niehodowlane (zw. dzikimi) jedzono przez okrągły rok, ponieważ stanowiły darmowe źródło lokalnej żywności - w tych kategoriach był to najgłębszy Slow Food. Zbierano grzyby, liście, owoce i kwiaty, łapano ryby, polowano na zwierzynę leśną, wykradano miód dzikim pszczołom.

źródło: Zygmunt Gloger, Encyklopedia staropolska

Przednówek był okresem przed nowymi jarymi, czyli jarzynami, roślinami jadalnymi sianymi na wiosnę - czyli czas przed kolejnymi zbiorami płodów rolnych i przed żniwami przypadającymi późnym latem. Pamiętacie angielski wyraz year?  On również powiązany jest etymologicznie z jarzynami i przymiotnikiem jary, a także imieniem Jarosław. Czeskie jaro, starosłowiańskie jare - to wiosna, łacińskie Hornus, to tegoroczny, gockie yer, starosaksońskie jar, holenderskie yaar, greckie hora - to wszystko oznacza rok. Tę samą etymologią ma czasownik jarzyć się - nawiązuje do nasilenia promieni słonecznych, dlatego jary oznaczało krzepki. Przednówek trwał więc rozmaicie, w zależności od terytorium, gdyż wegetacja roślin jest w nich odmienna.

Truskawki polskie na straganie w Hali Targowej przy ul. Piaskowej we Wrocławiu

Obecnie nie ma przednówka. Pomidory i truskawki są dostępne również w zimie, ale... są to raczej produkty pomidoropodobne i truskawkopodobne pochodzące z odległych upraw wielkopowierzchniowych. Ich celem jest zachowanie WYGLĄDU i TEKSTURY - smak i wartości odżywcze nie liczą się, ponieważ są UKRYTE. Ludzie jedzą ten produkt, a mózg rejestruje wygląd, kształt, konsystencję, wilgoć, temperaturę... Rejestruje i smak, i zapach, a raczej ich brak, więc koncentruje się na tym, co JEST zauważalne. Dawniej zimą o truskawkach tylko marzyliśmy. Odmawialiśmy ich sobie z konieczności, bo lubiliśmy CZEKAĆ.

Józef Łapczyński, Wybieranie barci u Kurpiów, [w:] Tygodnik Ilustrowany 1870, nr 134.

Czekanie i wstrzemięźliwość pokarmowa są ze sobą ściśle powiązane. Gdy nie było płodów rolnych, ludzie posiłkowali się plonami zbieractwa, rybołówstwa, myślistwa, bartnictwa - tak sądzi się powszechnie. To tylko półprawda, bo ludzie praktykowali to przez cały rok. Przednówkiem nie był więc tylko okres wczesnej wiosny, czas wzrostu tzw. nowalijek. Najciężej było w zimie, gdy nie było nawet roślin nieuprawnych, a fauna kryła się w norach i dziuplach. Zdarzało się, że jedzono wtedy nawet kamyki, by oszukać żołądek. Wyobrażacie sobie, w jakich katuszach umierali wówczas ludzie, w tym dzieci - fakt spożywania kamyków zanotowano na Podhalu. Dziś ludzie również umierają, ale powoli, po cichu, ze "wsparciem" farmacji, a owe umieranie związane jest m.in. z niską jakością "żywności". W tym sensie spożywają pseudożywność, ponieważ produkty te nie odżywiają, nie dają życia, lecz je zabierają - powoli i w niezauważalny sposób...

Dzikie jabłka kiszone z bluszczykiem kurdybankiem, gorczycą i czosnkiem - prócz czosnku z Kromnowa, wszystkie produkty pochodzą z Siedlęcina

W tym kontekście każdy dzień wstrzemięźliwości pokarmowej może stać się przyczynkiem do głębokiej refleksji. W obecnej Polsce, w dobie obfitości żywności oraz powszechnej dostępności wszelkich dóbr masowych jest to niewątpliwie wyjątkowe, że niektórzy świadomie odmawiają sobie wybranych produktów spożywczych w wybrane dni. Abstrahując od warstwy etycznej i duchowej tego zjawiska skupimy się na pożywieniu. Otóż jeden z naszych SFojaków, odmawia sobie frykasów przez 40 dni - rok w rok, przed Wielkanocą (jest głęboko wierzącym katolikiem). Czyni tak mimo faktu, że i na co dzień nie pochłania sterty produktów, nie generuje sterty opakowań, ponieważ konsumuje skromnie, a posturę ma słuszną. Jest świadomym konsumentem i z zasady nie robi zakupów w wielkopowierzchniowych sklepach, nie kupuje byle czego, stara się jeść lokalnie, uczciwie, czysto - w kategoriach Slow Food oznacza to, że wybiera lokalnie wytworzoną żywność, a nie pseudożywność. Spośród wachlarza produktów autentycznie żywnościowych (=odżywiających) wybiera dobre, czyste, uczciwe, sezonowe i lokalne, jednocześnie zwracając uwagę na rodzaj opakowania, ukryty skład produktu - nieoczywisty w momencie zakupu, a także na jego ślad, tj. jego pochodzenie, historię od początku (tj. od surowca) do końca (tj. do talerza i żołądka). Rzecz jasna, jego postawa nie dotyczy tylko żywności, ale też innych praktyk życia codziennego. Przez niektórych jest on uznawany za nieszkodliwego dziwaka. Jego postawa jest jednak godna naśladownictwa, aczkolwiek bardzo trudna i stale weryfikowana przez zmieniającą się codzienność. W naszej slowfoodowej społeczności mamy wiele szacunku dla takich postaw, na tym zasadza się w istocie świadomość konsumencka i obywatelska - wielu naszych członków, a także członków innych rzetelnych Conviviów Slow Food żyje podobnie. Wciąż jednak stanowimy mniejszość. Świadomy konsument slowfoodowy, żyjący poniekąd na modłę XIX-wieczną, należy dziś do rzadkości, co więcej, uznaje się go albo za anarchistę, albo za oszołoma. Zdarzało się już, że w Polsce nazwano nas, slowfoodowców, sektą:)) Wynika to z niskiej wiedzy o ruchu Slow Food, o braku uczestnictwa w tym ruchu. Slow Food sektą? Skoro tak, to... dużo jest takich sekt we Włoszech, w Niemczech...:)) oby coraz więcej było ich w Polsce.

Slowfoodowiec siłą rzeczy odmawia sobie jedzenia co jakiś czas - albo dlatego, że oferowany mu produkt nie spełnia jego oczekiwań, albo dlatego, że czas nie jest właściwy na konsumpcję. Już dawno temu świat konsumencki nazwał to DIETĄ. Jeśli za odmową stoi przekonanie moralne, wówczas nazywamy to FILOZOFIĄ lub ETYKĄ życiową.  Jeśli stoi za tym głęboka wiara duchowa w określony system wierzeń i doktryn, wtedy ma to swoją nazwę w kulturze: POST. Jest on kojarzony z religią, jednak ma swoje podstawy w fizjologii, medycynie. Post ma różne oblicza, jasne i ciemne, jednak nadal jest fascynującym zjawiskiem, a prof. Jarosław Dumanowski zawsze o nim z pasją opowiada podczas swych wykładów nt. Kuchnia staropolska. Faktycznie, post jest kwintesencją człowieczeństwa z całym jego bagażem sprzeczności, zła i dobroci, brzydoty i piękna, fałszu i prawdy.

[red]

***

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *