To jest polskie tłumaczenie autorstwa Anny Marii Rumińskiej oryginalnego tekstu autorstwa Jenny Pickerill. Tłumaczka pragnie przybliżyć polskim czytelnikom australijską perspektywę używania słów „wild” (dziki) i „wilderness” (dzicz/dzikość) – inną od tej w Polsce, gdzie słowa dziki, dzikość, dzicz robią oszałamiającą karierę nie tylko w szeregach akademików i naturalistów propagujących tzw. „życie w zgodzie z naturą”, lecz nawet w anglojęzycznej kampanii promocyjno-reklamowej Polski zleconej przez Polską Organizację Turystyczną zewnętrznemu podmiotowi (TUTAJ).

Objaśnienia tłumaczki:

– (kursywą lub w nawiasach – pojęcia oryginalne w języku angielskim)

– [kursywą w kwadratowych nawiasach – wtrącenia tłumaczki dla zrozumienia kontekstu]

– wytłuszczenia wprowadzone przez tłumaczkę dla zlokalizowania wyrażeń pokrewnych „dziczy”

– określenia rdzenny i tubylczy stosowane są równorzędnie

– termin Obcy używa się w rozumieniu Inny (jak w antropologicznej opozycji Swój/Obcy)

– wersja PDF niniejszego tekstu dostępna jest TUTAJ.

* * *

Od Dziczy do Dzikiego Kraju: siła języka

w kampaniach ekologicznych w Australii

Jenny Pickerill

tłum. Anna Maria Rumińska (2026)

DZIKI JĘZYK

Motto:

„Kochasz dzikość? Pomóż utrzymać ją w dzikości” (ulotka John Muir Trust, 2006)

„Dzicy ludzie (kolonizatorzy) tworzą dziki kraj (degradują, błądzą)” (Rose, 2004 s.4)

Kampanie ekologiczne na całym świecie są często przedstawiane jako działania na rzecz ochrony „dzikiej przyrody” i zapobiegania eksploatacji zasobów naturalnych. Organizacje lobbujące na rzecz ochrony rozległych obszarów Alaski, Kanady i Australii posługują się językiem emocjonalnym używając słów takich jak „dziewiczy”, „nietknięty”, „nienaruszony”, „nienaruszony obszar” i „dzikie pogranicze”, aby pozyskać poparcie. Tym słowom często towarzyszą zdjęcia terenów pustych i niezamieszkanych przez ludzi (patrz Rysunek 1 – w oryginalnym tekście źródłowym). To podejście okazało się skuteczne w argumentowaniu za potrzebą prawnego ograniczenia obszarów poprzez wpisanie ich na Listę Światowego Dziedzictwa lub ustanowienie ich jako parków narodowych.

Mimo to coraz powszechniej uznaje się nie tylko to, że ludność rdzenna ma historyczne prawa do posiadania części tych terenów, ale także to, że wiedza o środowisku i praktyki gospodarowania gruntami realizowane przez rdzennych mieszkańców mogą być korzystne dla realizacji celów ochrony przyrody. To uznanie i towarzyszące mu zmiany prawne (takie jak wprowadzenie w Australii tzw. Prawa Tubylczego, Native Title [1]) zmusiły organizacje ekologiczne i ochrony przyrody do ponownej analizy swego podejścia. Jednocześnie wyłonił się globalny ruch skupiony na kwestiach sprawiedliwości ekologicznej i rasizmu ekologicznego. Jednak działa on równolegle i niezależnie od grup zajmujących się bioróżnorodnością oraz ochroną dzikiej przyrody. Wiele grup ekologicznych powoli zmieniało swój język lub praktyki postrzegając obszary jako „dzikie tereny” pozbawione ludzi, obawiając się ingerencji w swój model sukcesu oraz wkraczając w złożoną i kontrowersyjną sferę polityki tubylczej.

Istnieje wiele powodów, aby zachęcać te grupy do zmiany: takie praktyki są kontynuacją niesprawiedliwego systemu kolonialnego przesyconego rasizmem i stereotypami; nie tylko przynoszą one porażkę rdzennym mieszkańcom, lecz również prowadzą do utraty cennej wiedzy o środowisku; naukowcy od dawna apelują o potrzebę bardziej zaangażowanego rozumienia natury, a nie postrzegania jej jako bytu odrębnego od wpływów społecznych i kulturowych (Castree, 2003). Powolny jest postęp na poziomie globalnym realizowany poprzez rezolucje ONZ chroniące ludność tubylczą przed ich przymusowym usuwaniem z ich ziem. Dlatego tym mniejsze zmiany mogą zajść w skali lokalnej, a mogłyby one przynieść pozytywne skutki dla społeczności tubylczych. Innym słowem, grupy ekologiczne mają siłę i potencjał, aby znacząco poprawić sytuację przyczyniając się do poprawy wyników działań na rzecz ochrony przyrody i poprawy sytuacji ludności tubylczej.

Niniejszy artykuł analizuje problemy związane z terminem „dzicz” (wilderness), powody jego ciągłego używania oraz to, jak społeczności tubylcze wolałyby, aby ich ziemia była rozumiana. Na przykładach z Australii artykuł analizuje dwa różne sposoby rozwoju grup ekologicznych. Materiał zebrano na drodze trzydziestu pogłębionych wywiadów z aktywistami tubylczymi i nietubylczymi w Queensland i Victorii. W całym artykule termin „teren” (land) [w znaczeniu własności ziemi] obejmuje morze i obszary przybrzeżne. Używa się również rozróżnienia między ludnością tubylczą (indigenous) i nietubylczą (non-indigenous). Choć jest to prymitywny podział, opiera się on na języku powszechnie używanym przez osoby, z którymi przeprowadzono wywiady, zarówno do samookreślenia, jak i do definiowania tożsamości innych. Tożsamość rdzennej ludności to złożona i kontrowersyjna dziedzina, którą nie sposób tu omówić.

DZIKOŚĆ I KRAJ (kraj – w rozumieniu krainy, rdzennej ziemi, a nie państwa)

Język jest kluczowym sposobem wyrażania siły w rozumieniu „środowiska”. Termin „dzicz” i jego powiązanie z „dzikim” (wild) są wysoce problematyczne w odniesieniu do jakiegokolwiek krajobrazu, a szczególnie w Australii, krainie zamieszkanej przez rdzenną ludność od dziesiątek tysięcy lat. Mimo to terminy te są nadal używane. Takie romantyzowanie środowiska czerpie inspirację z pism Henry’ego Davida Thoreau, Johna Muira i Milesa Dunphy’ego, a jest wykorzystywana do promowania Australii oraz pozyskiwania poparcia dla ochrony środowiska. Dla Stowarzyszenia Dzikość (The Wilderness Society) termin ten jest ważny, choć problematyczny. Ich wyborcy cenią „dziką przyrodę”, zaś…

„włączenie ludzi w poparcie ochrony środowiska jest po części odwołaniem się do tych wartości… oraz skutkuje publicznym i politycznym poparciem dla ochrony dużych, odległych, nienaruszonych obszarów. Obszary te posiadają niezwykłe wartości naturalne i kulturowe rdzennej ludności. Są to w pełni funkcjonujące ekosystemy, które stają się rzadkością na świecie i których ochrona jest ważna, jeśli chcemy sprostać wymogom ochrony przyrody XXI wieku. Są to jednak również obszary, na których ludność rdzenna zachowuje prawa i interesy. (…) Kiedy w grupach tematycznych rozpoczęliśmy prace na tą kwestią, zwolennicy ochrony środowiska stali się znacznie bardziej niespokojni, znacznie bardziej niepewni; rozwiązanie problemów środowiskowych, społecznych i ekonomicznych stało się o wiele bardziej złożone. (…) Dlatego aby zdobyć poparcie tej grupy, która jest bardzo ważna w wyborach, a tym samym ważna dla wyników polityki publicznej, musimy ostrożnie rozwiązać te kwestie i doprowadzić do zmiany postaw. (…) Niestety wciąż istnieje utajony kolonializm wśród niektórych grup społecznych i trzeba się z nim zmierzyć jako z czynnikiem politycznym.” (Anthony Esposito, Kierownik Krajowego Programu ds. Ludności Tubylczej, TWS, wywiad)

Ludność tubylcza bardzo krytycznie odnosi się do używania tego słowa. Ma ono oczywiste kolonialne i rasistowskie konotacje, „sam termin »dzikość« jest wyrazem terra nullis – podtrzymujesz argument, że nie istniejemy – w Australii nigdy nie było dziczy – był to zamieszkany krajobraz” (Gary Foley, wywiad). Nawet bez tej historii słowo »dzikość« dla ludności rdzennej oznacza teren ukształtowany przez człowieka (human made land), na której nic [już] nie rośnie i gdzie nie ma [już] życia. Zatem „… »dzicz« to kraj, który zmarniał” (Dermot Smyth, konsultant i współpracownik Uniwersytetu Jamesa Cooka w Cairns, wywiad). Współcześni nierdzenni mieszkańcy interpretują dzicz jako miejsce nieograniczonego życia, miejsca wzniosłych doświadczeń i świętości (Cronon, 1995). Jednak gdy zrozumiemy, jak dzicz była społecznie konstruowana na przestrzeni dziejów, znajdziemy liczne przykłady postrzegania jej, jako czegoś, „czego należy się bać – obszaru spustoszenia” (Short, 1991, s. 6) jeszcze przed epoką romantyzmu. Tak więc we wczesnych latach nierdzennego osadnictwa w Australii budowanie narodu wyraźnie polegało na ujarzmianiu dziczy, a w konsekwencji na uczynieniu ziemi „cywilizowaną”, uporządkowaną i produktywną, narzucając bardzo brytyjską wizję tego, co stanowi naturę i krajobraz. Co znamienne, słowo „zdziczały” (bewildered) ma swoje korzenie w owym lęku, że dzicz może wypaczyć ludzką psychikę, wywołać duchową rozpacz i ostatecznie pozostawić człowieka zagubionym i pozbawionym celu (direction). Ostatnio współczesne przestrzenie miejskie zostały nazwane dzikimi przez obserwatorów spoza rdzennej ludności, ponieważ „najbardziej jałową dziczą jest ta, którą sami moglibyśmy stworzyć” (Short, 1991, s. 27).

Arnold Wallis (przewodniczący Rady Plemiennej Wuthathi w Cairns, wywiad) zauważył ironię w używaniu takich określeń: „Aborygeni nie są dzikusami, po prostu mają inne spojrzenie na życie – to jest postawa <zostaw swoje środowisko takim, jakie jest, nie bądź barbarzyński i nie niszcz go buldożerem>. Uważamy tego rodzaju praktyki za dość dzikie – jakże barbarzyńskie jest niszczenie samej istoty, która utrzymuje cię w twojej kulturze i społeczeństwie”. Krytykuje on tu bardziej australijską politykę, niż samo używanie języka przez organizacje ekologiczne, ale mówi również o tym, jak tego typu język hierarchizuje wartość terenu, przez co obszary uważane za mniej „dzikie” są postrzegane jako mniej wartościowe (i w związku z tym mogą zostać zrównane z ziemią), niezależnie od ich znaczenia dla tradycyjnych [rdzennych] właścicieli (traditional owners). Dla społeczności tubylczych, które zmagają się z ochroną i zarządzaniem swoimi ziemiami, może to być frustrujące. Neil Martin z Framlingham Aboriginal Trust mówił w wywiadzie o swoim braku sukcesu w zainteresowaniu grup ekologicznych nowo utworzonym Obszarem Chronionym Ludności Tubylczej w Victorii: „byli tam i przyglądali się. Myślę, że byli rozczarowani. Nie powiedzieli tego wprost, ale myślę, że byli, ponieważ spodziewali się wspaniałych, nienaruszonych krajobrazów. (…) Nie odnieśliśmy z nimi żadnego sukcesu”. Zatem, jak zauważa Cronon (1995), „dzicz ma tendencję do faworyzowania niektórych części natury kosztem innych – natury, która nas otacza, jeśli tylko mamy oczy, by ją dostrzec” (s. 86).

Ta wąska wizja tego, co oznacza „dzicz”, propagowana w przeszłości przez grupy ekologiczne, jest dualistyczna. Rdzenni Australijczycy argumentują, że nie ma takiego podziału między środowiskiem a kulturą, ponieważ „są jednym i tym samym, współistnieją i nie są od siebie oddzielone” (Melissa George, kobieta z plemienia Wulgurukaba i Tradycyjna Właścicielka). Zatem „teren (land) jest o wiele bardziej energetyczną konfiguracją ziemi i powietrza, wody i minerałów, zwierząt i roślin, a także ludzi, niż powierzchnia ograniczona liniami na mapie” (Whatmore, 2002, s. 71). Różnice te odzwierciedlają się nie tylko w odrzuceniu słowa „dzicz”, ale także w aktywnym używaniu słowa „kraj” (country). Kraj jest postrzegany jako zespolenie pokrewieństwa, przodków i odpowiedzialności (Langton, 1998). Zatem jest on ściśle powiązany z tożsamością rdzennej ludności i, jak powiedział Arnold Wallis, „dla nas jest domem”.

Przewrotnie, rozumienie „dziczy” w oderwaniu od kontekstu celebruje ją, ponieważ jest ona „na zewnątrz”. Ignorując historię zasiedlania, przymusowych wysiedleń i społecznej konstrukcji tego, co uznaje się za prawowity „dziki” krajobraz, owe podejście pielęgnuje to, co odrębne i oderwane od domu. Jest ono po części celebrowane, ponieważ jest nieobecne w codziennym życiu. Prowadzi to jednak do ideologicznego ślepego zaułka; „jeśli dzika natura jest jedyną rzeczą wartą ocalenia, a sama nasza obecność ją niszczy, to jedynym rozwiązaniem problemu naszej nienaturalności, jedynym sposobem ochrony świętej dziczy przed profanacją ludzkości wydaje się być samobójstwo” (Cronon, 1995, s. 83). W ten sposób nierdzennie narodowa konceptualizacja „dziczy” uniemożliwia jakąkolwiek sensowną dyskusję o tym, jak ludzie mogą mieć jakiekolwiek miejsce w naturze. Tak bardzo skupiona na ratowaniu zagrożonych przestrzeni przed niszczycielskimi siłami cywilizacji i w ten sposób traktująca „dzicz” jako Obcego, że traktuje również rdzennych mieszkańców jako Obcych i nie dostrzega potencjału widzenia wszystkich obszarów – miast i terenów dzikich – jako „domu”.

Co więcej, istnieje tubylcza odpowiedzialność za ziemię: „nie jesteśmy właścicielami tej ziemi… należymy do tego kraju, to on jest naszym właścicielem. Dlatego mamy obowiązek dbać o niego, zarządzać nim, utrzymywać go i pielęgnować oraz robić wszystko, co w naszej mocy, aby dla dobra przyszłych pokoleń zapewnić mu zrównoważony rozwój” (Arnold Wallis, wywiad). Właśnie ze względu na te wzajemne powiązania między środowiskiem a kulturą ludność tubylcza musi żyć na swoim terenie, aby dbać o swój kraj; „Teren potrzebuje ludzi, a ludzie potrzebują terenu, (…) są to ważne środowiska kulturowe, które wymagają od ludzi zarządzania nimi zgodnie z tradycją i kulturą, aby utrzymać… i wspierać gatunki” (Damian Britnell, dyrektor generalny Bamanga Bubu Ngadimunku Inc., społeczność aborygeńska Mossman Gorge, wywiad).

Rozwój czy nowe formy kontroli?

Rdzenna krytyka „dzikości” i podejścia do „kraju”, a zwłaszcza wezwania do życia na terenie, jest zatem kontrowersyjna. Ujawnia ona różne ontologie (to, co wiemy, że istnieje) i epistemologie (struktury wiedzy, dzięki którym wiemy, co istnieje) rdzennych i nierdzennych Australijczyków (Suchet, 2002). Co więcej, podważa dominującą narrację zrównoważonego rozwoju. W swojej analizie australijskich wyobrażeń środowiskowych McGregor (2004) zidentyfikował dominujący pogląd na naturę jako zasób wymagający lepszego zarządzania naukowego, a nie jako posiadający wartość samą w sobie. Podejście to „delegitymizuje nieracjonalne podejścia do natury pozbawiając je mocy w ramach wyobrażeń środowiskowych i narażając na śmieszność” (McGregor, 2004, s. 603). W konsekwencji dyskursy niedualistyczne są marginalizowane, co dodatkowo zmniejsza szansę na zrozumienie rdzennych podejść.

W tym kontekście można wybaczyć grupom ekologicznym niechęć do prób włączania tubylczych perspektyw do swoich kampanii. Niektórzy ekolodzy nadal postrzegają angażowanie się w kwestie rdzennej ludności jako niepotrzebne odciągnięcie uwagi od głównego zadania, jakim jest ochrona środowiska. James McLellan (koordynator North Queensland Conservation Council, Townsville) argumentował: „Po prostu nie sądzę, biorąc pod uwagę skalę skutków, z którymi walczymy, aby tradycyjni właściciele byli wystarczająco wysoko postawieni, abyśmy mogli faktycznie włożyć w to dużo wysiłku. (…) Nie uważam za konieczne (…) poświęcanie ogromnej ilości czasu i pieniędzy na sprawy rdzennej ludności – jak dotąd nie widzę z tego żadnych korzyści” (wywiad). Jednak większość australijskich organizacji ekologicznych ma obecnie (choć często dopiero od niedawna) niejasną politykę wspierania praw rdzennej ludności. Niektóre grupy próbowały pójść dalej oraz zmienić swoje sformułowania i praktyki, aby wdrożyć tę politykę. Stowarzyszenie Dzikość (Wilderness Society, TWS) i Australian Conservation Foundation (ACF) to znane krajowe organizacje ekologiczne, które przyjęły odmienne podejście do kwestii „dzikiej przyrody” i perspektywy rdzennej ludności.

Stowarzyszenie Dzikość (Wilderness Society) ma oczywisty problem – swoją nazwę. Niedawno przyjęto termin „Dziki Kraj” („WildCountry”), aby wdrożyć nowe podejście do ochrony przyrody. Lyndon Schneiders, działacz Stowarzyszenia Dzikość (TWS) w regionie Cape York i Dalekiej Północy Australii, miał nadzieję, że pomoże to organizacji odejść od debaty o „dzikości”; „dlatego nazwaliśmy to Dziki Kraj (WildCountry) – była to próba zachowania najlepszych elementów idei i ruchu białych ludzi, którzy popierają tę inicjatywę w południowej Australii, jednocześnie uznając, że w północnej Australii nie ma dziczy” (wywiad). Ciągłe odwoływanie się do „dzikości” spotkało się z krytyką. Arnold Wallis skomentował: „Jakże głupie jest z ich strony mówienie, że to dziki kraj – jak śmią to robić, skoro ma to określone konotacje”, ale zasugerował, że termin ten dał nam również szansę, „abyśmy stali się narzędziem politycznym, aby uświadomić, że rdzenni mieszkańcy nie uważają tego kraju za dziki”. Co więcej, „nastąpiła głęboka reorganizacja koncepcji dzikiej przyrody oraz podejścia i polityki australijskiego Towarzystwa Ochrony Dzikiej Przyrody (Wilderness Society)… częściowo napędzana pojawieniem się prawa rdzennej własności w australijskim systemie prawnym, a częściowo krytyką wartości związanych z tradycyjnymi ideałami dzikiej przyrody ze strony rdzennych przywódców” (Anthony Esposito, wywiad).

W praktyce Stowarzyszenie Dzikość (TWS) odeszło od szeroko zakrojonych porozumień i szerokich sojuszy z grupami tubylczymi na rzecz ugruntowanej współpracy na poziomie społeczności. To podejście wydaje się bardziej skuteczne. Chociaż nie porzucili kontrowersyjnego celu tworzenia parków narodowych, w większym stopniu współpracują z tradycyjnymi właścicielami wspierając ich starania. W celu pozyskania terenów Aborygenów na własność i ustanowienia Obszarów Chronionych Rdzennej Ludności (Schneiders, 2006, s. 27) opracowują oni środki ochrony „niezwiązane z prawem własności” mniej koncentrujące się na tym, kto jest właścicielem ziemi, a bardziej na dobrych praktykach gospodarowania gruntami. Ostatnio zaczęli budować umowy współpracy z organizacjami rdzennej ludności południowej Australii.

Stowarzyszenie Dzikość (TWS) jasno stwierdza, że ​​ich głównym celem jest ochrona środowiska, a nie tubylczego rzecznictwa, popełnili błędy i nie udobruchali wszystkich swoich (zwłaszcza tubylczych) krytyków. Jedno jest jednak jasne: zobowiązanie do dalszego działania. Kerryn O’Conor, działaczka Stowarzyszenia Dzikość (TWS) w północnym Queensland, podkreśliła, że ​​będą kontynuować te działania, nawet jeśli będzie to oznaczało konieczność pracy nad dotychczasowym językiem. „Musimy włożyć dużo pracy w język, ale można go ominąć, kiedy zacznie się rozmawiać o kontekście, wartościach i rezultatach, a jeśli w takim dialogu uda się znaleźć wspólne punkty, to język jest dla mnie drugorzędny” (wywiad).

Australijska Fundacja Ochrony Przyrody (The Australian Conservation Foundation, ACF) obrała inną drogę. Zainicjowała Program dla Północnej Australii, który ma być długoterminowym, proaktywnym podejściem do tworzenia organizacji dwu-kulturowej. Koncentruje się on na wspólnym wyznaczaniu celów, a nie na poszukiwaniu partnerów do kampanii w kwestiach, które uważają za ważne. W tym celu ACF sprzeciwiała się nawet tworzeniu nowych parków narodowych, gdy sprzeciwiali się temu tradycyjni właściciele, ponieważ priorytetowo traktowali „prawdziwe poszanowanie tych sojuszy” (Don Henry, dyrektor wykonawczy ACF, wywiad). Przez wiele lat zatrudniali specjalistów ds. polityki tubylczej i w związku z tym „ACF stara się znaleźć złoty środek między rdzennymi mieszkańcami a ich więzią z krajem, ich prawami w kraju, obowiązkami wobec kraju… a odpowiedzialnością za środowisko w zakresie ochrony, odnowy i utrzymania” (Leah Talbot, koordynatorka projektu Cape York w Programie Australii Północnej, wywiad). Jeśli chodzi o język, ACF unika całkowicie słów „dzika przyroda” i „różnorodność biologiczna”, a zamiast tego „mówimy o naturze i kulturze – wartościach naturalnych i kulturowych oraz o związku między nimi a ludźmi, dlatego w naszej ulotce jest napisane <natura, kultura, ludzie>”. (Rosemary Hill, koordynatorka programu Australii Północnej i radna ACF, wywiad) (patrz rysunek 2). Jednak ACF zaskakująco mało mówi o tubylczych aspektach swej pracy być może obawiając się, że ich zaangażowanie w sprawy rdzennej ludności będzie traktowane jako marketingowy symbol lub że wciąż jest wiele do zrobienia.

W analizie zmieniającego się australijskiego podejścia do ochrony przyrody, Figgis (2003), była wiceprezeska ACF, stara się uwzględnić różnorodność pojawiających się obecnie modeli ochrony przyrody. Wyraża jednak obawę, że perspektywy te ostatecznie osłabią bezpieczeństwo tradycyjnego modelu sanktuarium utrzymując, że „dzikie miejsca są niezastąpionym i niezbędnym elementem ochrony przyrody” (s. 216). Figgis wyraża zaniepokojenie faktem, że grupy tubylcze podkreślają swoje prawa do rozwoju gospodarczego i, uznając moralny imperatyw angażowania się w sprawy tubylcze, ujawnia bardziej strategiczny powód takiej interakcji: „prawo do około 14% powierzchni Australii – obszaru o powierzchni ponad miliona kilometrów kwadratowych – zostało przywrócone Aborygenom. Co istotne, jest to ponad dwukrotnie więcej niż obszar obecnie zajmowany przez obszary chronione, (…) każdy prawdziwie kompleksowy system rezerwatów musiałby obejmować elementy tych terenów” (s. 202).

Obie te organizacje poczyniły postępy w modyfikowaniu swojego języka i praktyk w odpowiedzi na zarzut, że były stroną „pewnej formy imperializmu ekologicznego” (Langton, 1998, s. 18). Pozostają jednak dwa kluczowe problemy. Po pierwsze, większość zaangażowania rdzennej ludności przez te dwie grupy ograniczała się do północnej Australii (poza niedawną współpracą TWS w południowej Australii). W australijskim ruchu ekologicznym utrzymuje się podział północ-południe, z przekonaniem, że konsultacje z rdzennymi mieszkańcami są koniecznością jedynie na północy. Utrzymuje się pogląd, że nie ma potrzeby angażowania się w politykę rdzennej ludności dalej na południe, utrwalając mit, że tylko ci rdzenni mieszkańcy, którzy mają bardziej widoczne i historyczne (według nierdzennych arbitrów) powiązanie ze swoją ojczyzną, potrzebują konsultacji. Inni są w jakiś sposób „bezkulturowi”, co wzmacnia konstrukcję „autentycznej” „tradycyjnej” osoby rdzennej, na podstawie której oceniana jest tożsamość rdzennej ludności (Adam i English, 2005). W niektórych częściach Queenslandu wdraża się pozytywne prace terenowe, które znajdują odzwierciedlenie i poparcie ze strony wyższych rangą przedstawicieli odpowiednich organizacji, w polityce krajowej i próbach edukowania społeczeństwa australijskiego. Mimo to organizacje te przyczyniają się do szerszych ograniczeń nakładanych na rdzennych mieszkańców ludzi przez innych, definiując, kim są i kim mogą się stać. Jak przyznał Anthony Esposito, biorąc pod uwagę konserwatyzm elektoratu grup ekologicznych, ta zmiana raczej nie nastąpi w najbliższym czasie.

Po drugie, chociaż język uległ zmianie, podstawowa przesłanka, dlaczego krajobraz jest wystarczająco wartościowy, aby go chronić, nie uległa zmianie. ACF posunęło się dalej niż TWS, włączając do swojego języka słowo „ludzie”, ale obie organizacje nadal stosują biofizyczną i naukową metodę określania wartości i obie nadal priorytetowo traktują ochronę środowiska. Jesteśmy dalece od zniwelowania przepaści między „środowiskiem” a „kulturą” i poszerzenia sposobów, w jakie cenimy krajobraz. Ekologiści (environmentalists) mają rację obawiając się umniejszenia swoich osiągnięć w zakresie ochrony przyrody, zwłaszcza w obecnym australijskim klimacie politycznym. Niniejszy artykuł nie dowodzi również, że ochrona obszarów „dzikiej przyrody” nie ma żadnej wartości środowiskowej i społecznej. Powinniśmy jednak wykorzystać te obszary, aby zachęcić więcej ludzi do doceniania i szanowania całej przyrody i ludzi; „Musimy szanować Obcego w nas i Obcego tuż obok, tak samo jak egzotycznego Obcego, który żyje daleko – lekcja, która odnosi się zarówno do ludzi, jak i do (innych) zjawisk naturalnych” (Cronon, 1995, s. 89). Musimy zatem celebrować „dzikość” nie tyle ze względu na jej biofizyczne cechy, co ze względu na to, czego może nas nauczyć o nas samych, naszej historii, o tym, jak traktujemy Obcych i o otaczającej nas naturze.

Ten proces kwestionowania, słuchania, zmiany i postępu pozostaje trudny dla wszystkich zaangażowanych. Więcej błędów będzie popełnianych, więcej pojęć będzie używanych i następnie odrzucanych, a praktyki będą ewoluować na drodze prób i błędów. Kluczowe jest, abyśmy mieli poczucie historii i rozumieli społeczną konstrukcję „dzikości”. Jest jednak również jasne, że te eksperymentalne procesy muszą być kontynuowane. Musimy mieć nadzieję, że nastąpią chwile wzajemnego zrozumienia i że „może jutro wszyscy zasiądziemy w kręgu życia, w tym samym rytmie, w tym samym czasie” (Pryor, 1998, s. 201).

Niniejsze badania zostały przeprowadzone dzięki finansowaniu udzielonemu przez Brytyjską Akademię (SG-38399).

Niniejszy artykuł nie powstałby bez nieocenionej pomocy wszystkich osób, z którymi przeprowadzono wywiady. Szczególne podziękowania należą się Anthony Esposito za cenne uwagi dotyczące wcześniejszej wersji niniejszej pracy.

[1] Native Title: https://en.wikipedia.org/wiki/Native_title_in_Australia.

***

TYTUŁ: Od Dziczy do Dzikiego Kraju: siła języka w kampaniach ekologicznych w Australii

From Wilderness to WildCountry: The power of language in environmental campaigns in Australia

https://www.researchgate.net/publication/27248247_From_Wilderness_to_WildCountry_the_power_of_language_in_environmental_campaigns_in_Australia

AUTORKA ORYGINAŁU: Jenny Pickerill:
https://sheffield.ac.uk/geography-planning/people/academic-research/jenny-pickerill

tłumaczenie – publikacja za zgodą autorki oryginału: Anna Maria Rumińska, styczeń 2026
slowfooddolnyslask@gmail.com